00D_0109

Autobus wjeżdża na Pietrowski rynek- tak nazywa się okolicę dworca autobusowego w przysiołku Trudowskim na zachodnich obrzeżach Doniecka. Front jest tutaj kwestią umowną, o ile pozycje wojsk ukraińskich znajdują się w odległości kilku kilometrów to miedzy nimi, a strefą w pełni kontrolowaną przez siły donbaskie jest pas ziemi niczyjej. Niemal kompletnie opustoszała strefa w której jeszcze rok temu żyło wielu ludzi- później ciągłe ostrzały pobliskiej kopalni zmusiły dyrekcję do jej zamknięcia, a ludziom “nie opłacało” się już żyć na froncie. Wielu jednak przeniosło się do schronów, gdzie pomimo względnego uspokojenia (w porównaniu z zeszłą zimą) nadal żyją.

 

Idąc od strony dworca przechodzimy kilkaset metrów, mijając stare już zgliszcza domów i sklepów, docieramy do ulicy Amudarinskiej- tutaj wczorajszej nocy około godziny 20.00 kolejny dom został trafiony przez pocisk- spłonął całkowicie dach, siła uderzenia rozerwała ogrodzenie.

Jednocześnie ciężko stwierdzić na pierwszy rzut oka gdzie są skutki wczorajszego ostrzału- wszystkie domy w bliskim sąsiedztwie znajdują się w podobnym stanie, a ulica opustoszała- szacuje się, że na przysiółku pozostało może niewiele więcej jak stu mieszkańców. I w tym trafionym budynku również szczęśliwie nikt nie mieszkał- teraz już nie ma za bardzo do czego wracać.

W poszukiwaniu mieszkańców zapuszczam się bliżej strefy niczyjej i napotykam dwóch żołnierzy, którzy wyrastają jak spod ziemi- ok, dokładniej to wychodzą zza rogu ulicy. Spotkania takie to jakby ludzie szli z naprzeciwka pośród mgły i nagle kogoś ujrzeli- i co robić dalej? Jeden z nich jest trochę zdenerwowany moją obecnością, brakiem kamizelki, hełmu, a nadto nie zapowiedzianą wizytą. Mówi mi (i później w sztabie usłyszę to samo), że ten teren jest pod snajperskim ostrzałem i to, że mam aparat mi wcale nie pomoże, a raczej wprost przeciwnie. Drugi po przeczytaniu danych z moich, powiedzmy, licznych dokumentów, upewnia się, że mnie zna- to akurat coś nowego- i nie widzi problemu, żeby iść ze mną dalej, a bez zgody sztabu nie może mnie przepuścić- w razie gdyby coś mi się stało, oni będą odpowiadać. Wracamy więc rozmawiając o obecnej sytuacji:
– Zawieszenie broni? To było kiedykolwiek coś takiego? Chyba w Mińsku– podsumowuje żołnierz.
*****


Aleksandrówka to kolejny przysiółek, a raczej już samodzielna wioska na skraju Doniecka. O moich powodach przyjazdu tam na razie nie trzeba pisać- to inny temat, inny reportaż. Próbuję ustalić jaki oddział stacjonuje w tej okolicy, ale jak się okazuje nikt nie wie- żołnierze są na blokpoście, tam przyjeżdżają, nie mieszkają we wsi. Nieopodal sklepu młody dwudziestokilkuletni chłopak w wojskowych spodniach nabiera wody ze studni. Próbuje się czegoś dowiedzieć, ale też nic nie wie.


– Służysz?- pytam nawiązując do spodni.
– Nie, już nie- odpowiada.
– Dlaczego?
– Jakieś zawieszenie broni wyszło i wojna stała się jednostronna.


W takim razie robię sobie spacer na punkt kontrolny. Samotna placówka oddalona o 400 metrów od analogicznej linii ukraińskiej. Żołnierze w pełnym uzbrojeniu. Przychodzę do nich, aby zapytać,gdzie można chodzić- w takich strefach łatwo się zapomnieć, a przywitanie z wojskowymi drugiej strony o ostatnia rzecz o jakiej marzy dziennikarz pracujący nie dla Kijowa.”Suz”- ochotnik oprowadza mnie chwilę wzdłuż ich linii, mówiąc gdzie lepiej nie iść ze względu na pola minowe, albo obecność przeciwnika. Nie chce mi się wtrącać do pracy, dlatego zostaje w tyle,kiedy podchodzę do starszej kobiety zapytać o to jak się jej tutaj żyje. I tutaj upewniam się w tym co mnie zastanawia już od dwóch godzin- ich język jest niewątpliwie rosyjski, ale naleciałości z ukraińskiego jest ogrom. Ta kobieta wprost mówiąc- mówi jakąś całkowitą mieszanką. I w takiej też multi-mowie stwierdza, że ona nic nie wie.


Ona się nie bała, czy coś w tym stylu, po prostu całkowicie się zmieszała i nie chciała palnąć czegoś głupiego (?). Tylko ja jej nie pytałem, o nieliniowe logiki temporalne, ale o to, czy ma bieżącą wodę, prąd … nic to, czasami z niektórymi ludźmi nie sposób się porozumieć.


“Suz” jest na wojnie od samego jej początku.
– Mieszkałem w takim przysiółku Piaski, trzy kilometry od lotniska stał mój dom. Teraz nie mam domu, nie mam przysiółka, nie mogę wrócić.
– I co dalej?
– Czekam, czekam, aż ktoś wreszcie zrozumie, że oni w nas walą każdego wieczora, a my ubzduraliśmy sobie jakieś zawieszenie broni, żeby dyplomaci mieli robotę.


Wcale nie trzeba było czekać wieczora, przez następne pół godziny od strony ukraińskiej będzie szedł ciągły ostrzał z granatników- tylko nie w Aleksandrówkę, ale w Trudowskie.


A jaka jest Aleksandrówka? Wioska zredukowała się do kilku równoległych ulic otoczonych półkolem “strefy niezdrowej”- czyli pola minowe, snajperzy, front. Sama wioska jednak nie wygląda tak źle, porównując ją np. do ulicy Krupskiej w Oktiabryjsku. Jest dużo domów zniszczonych całkowicie, jest dużo domów noszących ślady trafień odłamkami, ale jest również dużo budynków całych, także odbudowywanych. Działa kilka małych sklepów, szkoła- chociaż drewniane płyty w jej oknach świadczą o tym, że i tam trafiały pociski.


Walerij ma pierwszą grupę inwalidzką, pokazuje mi swój balkonik do chodzenia- znajomi zrobili, jakoś pomaga,ale przydałby się nowy- gdzie dostać? Jak? Nie wie. Ma skromną rentę wypłacaną przez DRL, mówi, że mu wystarczy na życie. Woda jest, czasami tylko po ostrzałach nie ma prądu.


– Często?- pytam.
– Oj, bardzo często. Ale młodzi szybko przyjeżdżają, naprawiają. Nie było dawno tak, żeby prądu nie było dłużej niż dwa dni. Zuchy- podkreśla pokazując w uśmiechu kolekcję złotych zębów.
No tak, o takich ludziach często się zapomina- bohaterskie cienie wojny- lekarze, sprzedawcy w sklepikach,kierowcy autobusów, elektrycy, gazownicy- cienie przemykające pośród rakiet, aby naprawić co można, dostarczyć chleb, zawieźć ludzi do pracy.
– Dużo ludzi wyjechało?
– Kiedy zamknęli kopalnię to tak, trzeba za coś żyć- prawda? Ale przyjeżdżają na soboty, niedziele- tutaj mają domy. Człowiek poza domem to zawsze taki pies bez budy, będzie łaził, łaził, ale dokąd? Po co? Nie będzie wiedział. A ja zostałem, mam gdzie jechać, ale po co? Z domu własnego uciekać? Nie ma mowy.

Dawid Hudziec

Wasze komentarze

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>