IS_SADarek (1 of 1) (Kopiowanie)

Trzy dni po przyjeździe trzeba było złożyć przysięgę wojskową. Kilku ochotników z Rosji, ja, pozostali z Donbasu- łącznie 17 ludzi. Pózniej tygodniowe szkolenie sprawdzające umiejętności i do wojska. I tak już od prawie dwóch lat.

Pierwszą jednostką wojskową był Dywizjon Reaktywny, mobilna artyleria. Obsługa wyrzutni rakietowej składa się z trzech ludzi, ja wprowadzałem koordynaty punktu, który miał znaleźć się pod ostrzałem. Każdy taki cel był najpierw potwierdzany przez zwiad, ale nie jako jedno źródło informacji. Wszystko musiało być dokładnie określone, nie stać nas na walenie rakietami gdzie popadnie i było bardzo pilnowane, aby strzelać w konkretne cele wojskowe- nie mogliśmy dopuszczać do sytuacji, że ostrzelamy coś przez pomyłkę, np. domy cywilów- media zachodnie od razu by się rzuciły na DRL.

Co innego jeżeli sytuacja była odwrotna- Ukry mogli walić po szkołach i nigdy świat o tym nawet nie wspomniał. Kiedy się strzela z moździerza, to najpierw idzie wystrzał kontrolny, po nim wprowadza się korektę i wtedy kieruje się zmasowany ogień, żeby wbić się w cel. GRAD-y są celniejsze, skuteczniejsze- jeżeli nie ma się pewności to się nie strzela- siła rażenia jest za duża.

Mówię o tym ponieważ naprawdę wiele razy widziałem jak przebiega ukraiński ostrzał. Kompletnie bez sensu, bez żadnej sztuki wojennej- jeden wystrzelony pocisk nie ma nic wspólnego z drugim. Żadnego wbijania się w punkt, żadnej logiki. Można się pomylić raz, ale nie ciągle, nie można się pomylić, kiedy kolejne pociski lądują na dwóch rożnych krańcach wsi. Natomiast stopień ich trafień w obiekty cywilne jest zastraszający.

Kiedyś nas ulokowano w jednej z wiosek, zasadniczo poza pogawędkami z sąsiadami nic nie robiliśmy. Przez kilka dni trwały sporadyczne ostrzały tej miejscowości. Wiele domów zostało trafionych, ale nas pociski omijały szerokim łukiem. Ja bym starał się wcelować właśnie w nas, ale to chyba nie my byliśmy celem. A ludzie tylko nam mówili: “wezcie coś zróbcie i odpowiedzcie na to!”. A my nie mogliśmy, zakaz otwierania ognia, chyba, że z broni lekkiej i wróg podejdzie blisko. I jak to ludziom wyjaśnić?

***

Przyznam, że kiedyś wystrzeliliśmy serię w szkołę. Wcześniej zwiad długo się upewniał, czy aby budynek nie prowadzi swojej normalnej działalności. Mieliśmy pewność, że na terenie szkoły stacjonuje duża grupa wojsk ukraińskich, nie pamiętam dokładnie, ale chyba 6 czołgów i trzy BMP i stamtąd walili w nasze okopy. Po serii rakietowej długo nie było słychać nic z tej strony.

***

Innym razem zwiad przekazał nam informację, że Ukry zajęli restaurację. Było polecenie otwarcia ognia, ale dowódca odmówił. Wysłał zwiad, aby rozpytali się pośród ludzi co jest w środku i gdzie są pracownicy. Dopiero, kiedy razwiedka przyprowadziła jednego z mieszkańców mieliśmy pewność, że z restauracji wszystkich wypędzono, raczej nie powiedziałbym, że w delikatny sposób. Poszedł rozkaz. Na miejscu zobaczyliśmy, że w samochodach było wyposażenie na około 20 ludzi. Zostali pod gruzami budynku. Tak się nieraz zastanawiam po co wbijali się w budynek znajdujący się tak daleko od ich linii. 20 ludzi to za mało, aby cokolwiek zdziałać, a robiąc szum z mieszkańcami nie musieli czekać długo na naszą reakcję.

***
W reaktywnym dywizjonie, kiedy przychodzi rozkaz gotowości bojowej, nawet śpisz tak, żeby po alarmie błyskawicznie być na nogach. Buty na nogach, karabin przy boku i spisz/czuwasz.  Czasami jesteś w pogotowiu kilka godzin, czasami kilka dni, a czasami nawet nie wiesz, że są ćwiczenia. Wojna artyleryjska to wojna nerwów i biegania. Oddajesz wystrzał i już cię nie ma- namierzenie jednostki trwa chwilę i lepiej żeby cię nie było wtedy w pobliżu, chociaż przy celności Ukropów to jednak różnie bywa. W tle pracuje zwiad, w tle jest poszukiwanie miejsca do strzału- na tyle przestronne, żeby nic “nie wyrosło” na drodze rakietom i na tyle ustronne, żeby nikt z cywilów nie dostał za nas. Czytałem, że niby to na dachy wjeżdżamy z wyrzutniami < śmiech> albo spomiędzy bloków. Ciekawe tylko co by na to mieszkańcy powiedzieli, raz, drugi i możesz zapomnieć o ich poparciu. Sami by dzwonili do Ukropów, żeby powiedzieć gdzie jesteśmy.

***
Jednak służąc w reaktywnym musisz umieć i walczyć, i się przyczajać.
I poszło wezwanie na front. Długo jechaliśmy nie wiedząc dokąd, aż w końcu dotarliśmy- Debalcewo.
Tam było strasznie, im bliżej frontu, który często biegł nie wiadomo gdzie, tym więcej zabitych. Szedłem tak na zwiad zaraz po przyjeździe . Niedaleko polany, gdzie mieliśmy się rozłożyć był duży las, a w nim mogły czaić się Ukry- trzeba było sprawdzić. Szedłem po śniegu i nagle zaczepiłem o coś nogą. Myślałem, że to konar, ale był jakiś dziwny. Odgarnąłem śnieg, a tam leżał człowiek. Martwy już. Ciało było zmarznięte. Nie wiem, kim był, czy nasz, czy ukrop- nie chciałem dalej rozgarniać śniegu. Idą dalej coraz częściej zaczepiałem o zmarznięte, przykryte puchem ciała. To była rzeż. Gdyby na miejscu Ukrów była inna armia, moglibyśmy się tam wykrwawić. Po wszystkim dopiero zobaczyliśmy ile tam było techniki, broni, amunicji- wszystkiego. Tam można było się naprawdę bardzo długo bronić- ale oni nie chcieli, tym młodym poborowym nie zależy- kiedy służyłem w czołgistach to widziałem nieraz jak opuszczają okopy zanim faktycznie cokolwiek mogło się zacząć. Jedynie ochotnicy próbują coś zdziałać, ale w Debalcewo ich perfidnie zostawiono na pastwę losu.

***

Mieszkańcy nas wezwali, że patrol ukropski chodził od domu do domu i wrzucał granaty przez okienka do piwnic. Przy froncie znaleźć jakiś karabin wcale nie jest trudno i ludzie je czasem mieli. Dzięki temu sami przepędzili te grupę i dwóch wzięli do niewoli. Wysłano nas żebyśmy ich odebrali i przywieźli. Na miejscu… ludzie włosy rwali z głowy, tam kobiety leżały w śniegu i płakały w zmarzniętą ziemię. Kolega wszedł do jednego domu. Kiedy wyszedł był nie do poznania. Mówił, że w piwnicy schroniła się cała rodzina, a te bydlaki wrzuciły tam granaty. We wsi prawie nie było mężczyzn, tylko kobiety z dziećmi i starcy. Ukrywali się po piwnicach ze strachu przed ostrzałem, ale tego nikt nie mógł przewidzieć. Przyszedł ku nam chłopak z karabinem, młody jeszcze. Pytamy go o tych jeńców.
– tak, dwóch złapaliśmy- odpowiedział.
– i gdzie ich trzymacie?
Spojrzał takim wzrokiem w stronę domu z którego piwnicy wyszedł mój kolega.
– ich już nie ma- odpowiedział.
– uciekli wam?
– ich już nie ma.
Nie pytaliśmy o więcej. Nie trzeba było pytać. Ich już nie było.
***
Jeździliśmy Kamazem wzdłuż frontu, żeby zabrać stamtąd ludzi. W jednym z domów była staruszka. Czekała na nas w fotelu i podziękowała za troskę, ale stwierdziła, że to jest jej dom, tutaj żyła, tutaj wychowała dzieci, a później wnuki i domu nie opuści.
– idźcie chłopcy, róbcie co trzeba, a ja tutaj swoją służbę spełnię.
Tam były jej córki, błagały ją, żeby poszła, a ona kazała im iść i wracać zdrowymi. Chcieliśmy więc ją z tym fotelem wpakować na Kamaz, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. W końcu udało się ją niemal na kolanach uprosić i odjechała. Niedługo potem ta wioska została ostrzelana, tam większość domów przestała istnieć.
***
Tam ku ludziom nie przyszedł front, oni na nim żyli od miesięcy. Kiedy przyjeżdżaliśmy do jakieś wioski to ludzie nas witali, przychodzili ku samochodom z herbatą, papierosami, pytali, czy mamy ciepłe ubrania, czy może coś potrzeba, babcie wychodziły i kreśliły nad nami znak Krzyża “aby synkowie wracali cało do matek”- a przecież oni sami nie mieli nic. Renty im zabrano, pracy nigdzie, i tyle co ktoś z rodziny mógł czasami przekazać, albo z naszej strony po kryjomu jakąś humanitarkę przekazali. Podobnie zresztą było w samym Doniecku, ileż to razy kupowałem jakieś drobne rzeczy, a ludzie słysząc, że Polak kategorycznie odmawiali przyjęcia zapłaty. I nieraz ludzie na mnie patrzyli jakby chcieli sobie zdjęcie ze mną zrobić: “Polak, z Polski, za nas maładiec przyjechał walczyć”- mówili między sobą. A kiedy dowiadywali się, że ja nie żaden najemnik, czy coś takiego, tylko po własnej woli, za swoje pieniądze przyjechałem to mnie już żenić chcieli <śmiech>. “Ty już nasz, nasz Polak”- mówili. I to naprawdę potrafi podnieść człowieka na duchu.
***
To już było po Debalcewo, podobno to się nazywa “zawieszenie broni”, przyjeżdżając przez jedną wioskę zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zapalić. Przybiegły do nas kobiety mówiąc, że dopiero co był ostrzał i że w jednym domu byli ludzie, a teraz tam wejście zawalone i trzeba sprawdzić co z mieszkańcami. Odrzucaliśmy głównie zmiażdżone belki, pustaki ze szlaką- tutaj na wsiach się buduje inaczej niż u nas, ludzie biedni stawiali domy z byle czego, pierwszy do środka przedarł się “Żora”. Rosły chłop gdzieś spod Gorłówki, twardy jakich mało- nie raz było ciężko, naprawdę ciężko, a ten palił papierosa i kawały opowiadał. Kiedy wyszedł, usiadł na gruzach i zaczął płakać. Tak po prostu już nie mógł. Pierwsze co zobaczył w środku, na co wprost wpadł snop światła to noga. Nóżka dziecka. Tylko nóżka. To był najcięższy dzień w moim życiu. Podobno do okrucieństwa, wojny, człowiek się przyzwyczają. To nieprawda.
***
Ale nie żałuję. Nie żałuję tego, że tutaj przyjechałem. Siedzisz w bazie i czekasz na dźwięk alarmu do wyjazdu, siedzisz w okopie i słyszysz jak świszczą pociski w powietrzu, nie myślisz o tym, ale wiesz, ze jutro, pojutrze, a może za chwilę możesz zginąć. Taki jest los żołnierza, tylu kolegów już nie ma wśród nas … .Ale tych ludzi, których poznałem, mieszkańców- tak życzliwych i twardych zarazem, za tych ludzi warto było podjąć ryzyko. Do Ukraińców nie mam nic. Oni sami zostali zdradzeni i oszukani, ale ci którzy biorą do ręki broń, śpiewają jaki to wspaniały był Bandera, albo robią tatuaże ze swastykami… to nie jest tak, że ja ich nienawidzę. Ich trzeba po prostu zabić. Póki będą tam po drugiej stronie, niech sobie robią co chcą, ale przychodząc tutaj oni są mordercami, bestiami, które trzeba wtedy zabić i to jak najszybciej, żeby historia się nie powtórzyła. Ja wiem, że w Polsce są jeszcze ludzie, którzy to mówią jaka to wspaniała Ukraina, a my źli. Oni zapomnieli o tym co było, a tego co jest już nie chcą widzieć. I nie chcą żeby drudzy to zobaczyli. A widok jest naprawdę straszny.

My mamy obecnie zakaz odpowiadania ogniem i sami ludzie w Donbasie się burzą. Tam za Kalmiusem już zapominają co to wojna, ale im bliżej frontu tym gorzej. Popatrz na takie wioski przyfrontowe, tam mężczyzn nie ma- oni nie ścierpieli bezradności i wzięli w ręce broń. Ich kobiety zostały, tutejsze kobiety ani myślą wyjeżdżać- dom to świętość, dosłownie. I teraz tym mężczyznom zakazuje się odpowiadania ogniem, bo- przepraszam- skurwiele z OBWE patrzą. A na co oni patrzą? Na co? Im by trzeba było dać takiego porządnego kopa w dupę i won do swoich ukraińskich koleżków. Mieli obserwować, a co robią? Ja nie wiem ile jeszcze ludzie wytrzymają, nie tego, ze trwa wojna- to zniosą, ale nie zniosą tej bierności, bezsilności i pewnego dnia, czy będzie rozkaz, czy nie, my im odpłacimy za tę oderwaną nóżkę dziecka, za te granaty wrzucane w piwnice, za te szkoły, za ten znak Krzyża od staruszek i nic, ale to nic wtedy nie ocali tych bandytów. Żadne zawieszenie broni.

Opowieść Dariusza Lemańskiego spisał Dawid Hudziec. 

Wasze komentarze

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>